Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 03 - Wojenne Łupy - Rozdział 07

    Pojazd był zatłoczony wysokimi, nerwowymi Massudami i krępymi, bardziej umięśnionymi Ziemianami, choć większość tych ostatnich popędziła w stronę rzeki na swych bojowych ślizgaczach. Trzymając się gęstych zarośli, łódź podążała za nimi z mniejszą szybkością. Nie była opancerzona i gdyby została wykryta zapewniałaby niewielką ochronę przed ogniem ciężkiej broni nieprzyjaciela.

    Ale tak się nie stało. Pośpiesznie zorganizowany kontratak zaskoczył zdezorientowanych Krygolitów zarówno w górze rzeki, jak i przy ujściu. Trzymając odbezpieczoną broń, Massudzi ze zdziwieniem obserwowali swoich ludzkich towarzyszy, którzy zrzuciwszy swojsko wyglądające pancerze, nurkowali z łodzi i ze ślizgaczy, by zaatakować wroga w głębinach przejrzystej, nie zanieczyszczonej rzeki.

    Wzięci przez zaskoczenie w obcym dla siebie środowisku Krygolici nie stanowili równorzędnych przeciwników dla zwinnych i ruchliwych Ziemian. Ich naprędce zbudowane motorowe jednostki napędowe, skonstruowane były by przepchać ich od punktu zanurzenia do wybranego miejsca przeznaczenia. Nie tworzono ich z myślą o innych manewrach.

    Pozbawieni mechanicznych zabawek Krygolici nie potrafili pływać. Bez swoich niezgrabnych aparatów tlenowych nie mogli przetrwać pod wodą dłużej, niż kilka sekund. Tonęli w dużych ilościach, młócąc szaleńczo cienkimi, bezużytecznymi kończynami. Ich system oddechowy nie był w stanie zapewnić im wystarczającej wyporności w stosunku do wagi. Zamiast bezwładnie wypływać na powierzchnię, tonęli.

    - Rejestruję ruch czegoś dużego - odezwał się Conner ze swego miejsca koło bardziej doświadczonego massudzkiego pilota, który przejął kontrolę nad łodzią ratunkową.

    Straat-ien właśnie powrócił z długiej serii nurkowań. Ociekając wodą stanął za plecami sierżanta. Siedzący obok Massud przyglądał mu się ukradkiem, zafascynowany tym, jak po pozbawionej futra, nagiej skórze, bardziej podobnej do skóry prymitywnego Lepara, niż do jego własnej, spływała woda z rzeki.

    Nevan obserwował ekran konsoli. Para dużych ślizgaczy szybko zbliżała się od strony górnego biegu rzeki. Mogły dysponować ciężką bronią. Walka o moduł dowodzenia zbliżała się do końca.

    - Wezwij wszystkich do powrotu na pokład - warknął ostro. - Nie możemy się mierzyć z ciężkim sprzętem polowym. Zrobiliśmy już tu wszystko, co było możliwe.

    Conner przytaknął ze zrozumieniem.

    Wracający kolejno do łodzi nurkowie informowani byli o pogarszających się warunkach bojowych, ale nawet wtedy nie kwapili się do odwrotu, podobnie jak Massudzi, którzy z komfortowego, klimatyzowanego wnętrza pojazdu zabijali każdego Krygolitę, któremu udało się dotrzeć na powierzchnię dzięki jednostkom napędowym.

    Gdy tylko ostatni żołnierz zameldował się na pokładzie, massudzki pilot odpalił silniki łodzi i całą mocą skierowali się w stronę pełnego morza. Ich akcja nie zapobiegła zwycięstwu Ampliturów, ale błyskawiczny i nieoczekiwany kontratak z pewnością przyćmił tryumf wroga.

    Teraz, gdy walka się zakończyła, Massudka zastanawiała się, co było przyczyną, że tak szybko podporządkowała się taktyce Ziemianina. Będąc stworzeniem z natury ostrożnym czuła się zaskoczona tym, że tak słabo oponowała. Jednak jej zdziwienie szybko znikło w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Nie mieli szans na odbicie modułu, ale przynajmniej zmusili wroga do zapłacenia wyższej ceny za zwycięstwo.

    Spośród innych, złożonych z Ziemian i Massudów, patroli znajdujących się w górnej delcie w momencie zaskakującego podwodnego ataku Krygolitów, część przedarła się nietknięta przez otaczające rzekę bagniska i została podjęta przez specjalne, małe, ale super szybkie pojazdy ratunkowo-rozpoznawczc, wysłane w tym celu z Bazy Atilla. Pozostałe nie miały takiego szczęścia. Straty były ciężkie. Nie można było zatuszować rozmiaru tego pogromu.

    Straat-ien został nie tylko całkowicie uwolniony od wszelkiej odpowiedzialności za to, co się stało, ale pochwalono go za szybkie myślenie i zorganizowanie piorunującego, choć w ostatecznym rozrachunku nie mającego żadnego wpływu na końcowy rezultat, kontrataku. Ponieważ przybył do modułu dowodzenia dopiero w chwili rozpoczęcia ataku, nie można było obarczyć go winą za porażkę.

    W bazie trwały dyskusje, ale nie obwiniano się nawzajem. Nikt nie liczył się z możliwością podwodnego ataku ze strony Krygolitów, w związku z tym nie opracowano żadnego planu obronnego. Planiści i stratedzy niezwłocznie wzięli się do roboty, aby taki wypadek nigdy się już nie powtórzył. Gromada szczyciła się tym, że skutki przegranej ponosi tylko raz, a Ampliturom szybko kończyły się zaskakujące pomysły. Już rychło przyjdzie moment, w którym skończą się one całkowicie.

    Jednak ani wiedza o tym, ani nagroda nie poprawiały samopoczucia Straat-ien'a, który oczekiwał na nowy przydział. Po raz pierwszy w trakcie swojej kariery miał do czynienia z tak druzgoczącą klęską. Tragiczne przeżycia coraz bardziej ciążyły mu, w miarę jak upływały kolejne tygodnie. Nawet nie mógł liczyć na pociechę ze strony Naomi, ponieważ została ona skierowana od innych zadań, gdzieś na Chemadii. Trochę pomagała terapia. Umożliwiała mu przetrwanie dni, ale nie przynosiła ulgi zapomnienia.

    Ucieszył się, gdy wreszcie nadeszło wezwanie.

    Obecność samicy z rasy Waisów w biurze dowódcy bazy nie zaskoczyła go. Mimo bogatego stroju ptakowatej, ledwo poświęcił jej spojrzenie. To, że Wais przyleciał na planetę, o którą właśnie toczyły się walki było niezwykłe, ale nie bezprecedensowe. Tego na pewno przysłano, by zajął się jakimiś problemami związanymi z tłumaczeniem, lub z protokółem. Nic, co by go dotyczyło.

    Rozparty w fotelu Krensky powitał Straat-iena niedbałym gestem prawdziwej ręki. Druga była protezą aż do ramienia, cudo cielistego koloru zaprojektowane przez Hivtstahmów, a skonstruowane przez O'o'yanów. Jeśli zbyt dużo części oryginalnego ciała nie nadawało się już do rekonstrukcji, najlepszym kolejnym krokiem było Hivoo-zastępstwo. Nie koniecznie oznaczało to degrengoladę. W wielu wypadkach kopia sprawnością przewyższała pierwowzór.

    W gabinecie nie było biurka, ani okna, jedynie siedziska i ławy dostosowane swą budową do różnorodnych form życia, przypominające fale ekrany holowizorów na tylnej, wygiętej ścianie i na środku pokoju, oraz duża, doskonałego kształtu waza z metalizowanego szkła, która stanowiła donicę kępy kwitnącej na bladoróżowo i niebiesko koniczyny. To była prawdziwa koniczyna z Ziemi. Czuł jej zapach. Bezsensowności lokalizacji jej dorównywały jedynie koszta jej utrzymania.

    Komendant bazy z trudem mógł sobie pozwolić na ten luksus.

    Koniczyna mogłaby przetrwać na powierzchni, Chemadii nie była aż tak niegościnnym światem, ale pokój znajdował się pod pięćdziesięcio-metrową skorupą litego bazaltu przeplecionego z dwoma warstwami wstrzykniętego pod wysokim ciśnieniem materiału ekranizującego. W tych warunkach zdrowa, głęboka zieleń koniczyny była dowodem umiejętności zamiłowanego, choć chyba przebywającego w złym miejscu, ogrodnika. Niewątpliwie Wais kochający ogrody bardziej potrafił to docenić, niż którykolwiek z ziemskich gości komendanta.

    - Dzień dobry, pułkowniku. - Jak na kogoś z opinią twardziela, Krensky miał zaskakująco delikatny głos. - Mam dla pana zadanie specjalne.

    Słysząc to oświadczenie, Straat-ien, jak każdy doświadczony żołnierz, naprężył w oczekiwaniu muskuły.

    Nie chodziło o szczegóły. Nareszcie coś do roboty. Coś, co pozwoli przestać myśleć o katastrofie, której był mimowolnym i nieistotnym uczestnikiem .

    - Najwyższy czas. Pomału wariowałem czekając.

    - Najwidoczniej psychologowie myślą inaczej, bo nigdy nie oddaliby pana do dyspozycji dowództwa. Nie powinien się pan niecierpliwić. Żaden z ludzi ocalonych w delcie nie dostanie pozwolenia na pełnienie dalszej służby, zanim nie zostanie podwójnie sprawdzony. Dobrze pan o tym wie.

    - Wiem, ale nie podoba mi się to.

    Krensky zaśmiał się z aprobatą;

    - Tak właśnie wszyscy powiedzieli. No cóż, może się pan już odprężyć. Przebrnął pan przez sito. Od dzisiejszego ranka jest pan z powrotem w akcji. Mimo to, dałbym panu jeszcze kilka dni wolnego, gdybym bardzo pana nie potrzebował.

    - Jestem gotów na wszystko - powiedział Straat-ien wyczekująco.

    - Naprawdę? Zobaczymy. - Wzrok Kinskyego przesunął się na milczącą cały czas obcą.

    - Halo - powiedziała wreszcie.

    Dopiero po sekundzie Nevan zorientował się, że pozdrowienie skierowane było do niego.

    Wais przemówił słodkim, zwiewnym głosem, który brzmiał, jakby wydobywał się z piszczałek fletni Pana. Waisowie byli nie tylko świetnymi językoznawcami, ale i znakomitymi imitatorami. W ciemnym pomieszczeniu nawet ekspert miałby trudności z odróżnieniem ich głosu od głosu prawdziwego Ziemianina, Lepara, Hivistahma, czy kogokolwiek, kogo Wais naśladowałby.

    Ta nie była przynajmniej ubrana z tak straszną przesadą, jak większość jej pobratymców. Po nieco przytłumionych kolorach i odrobinę mniej barwnym upierzeniu poznał, że to samica.

    Krensky przedstawił ich sobie:

    - To Lalelelang z Mahmaharu. Jest historykiem, czy czymś w tym rodzaju.

    Bujny pęk doskonale dobranych piór i odzieży uniósł się, odsłaniając chwytną końcówkę skrzydła.

    - Pułkowniku Straat-ien, bardzo mi miło pana poznać.

    Delikatnie ujął wyciągniętą ku niemu kończynę, czując sprężystość zmodyfikowanych lotek pod pierzastym pokryciem, zastanawiając się jednocześnie nad przyczyną obecności obcej. Zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie widział Waisa, który zainicjowałby taki gest. Jak i inne gatunki tworzące Gromadę, starali się oni unikać fizycznego kontaktu z Ziemianami, chyba, że okazał się absolutnie niezbędny. Najwyraźniej Lalelelang była wyjątkiem, rzadkim egzemplarzem swojej rasy, który czuł się wręcz doskonale, wśród wielkich, kłótliwych naczelnych. Może jej postawa wynikała z pracy.

    Ponownie zwrócił się do Krenskyego.

    - A moje zadanie?

    Komendant kiwnął głową w stronę Waisa.

    - Nasz dostojny gość jest pańskim zadaniem, pułkowniku.

    Nevan zamrugał.

    - Nie rozumiem.

    - Niech pan weźmie pod uwagą jej zawód.

    Nevan nawet nie mrugnął.

    - Już pan o tym wspominał... Co to ma ze mną wspólnego?

    - Nasz gość szczególnie interesuje się stosunkami panującymi między różnymi gatunkami w warunkach bojowych. Naturalnie potrzebuje przewodnika.

    Straat-ien znów naprężył mięśnie. Przyłapał się na bezwiednym rzucaniu wściekłych spojrzeń w kierunku cierpliwego Waisa. Wzdrygnęła się pod jego spojrzeniem, ale mniej, niż oczekiwał.

    Poraziła go nagła, przerażająca myśl. Czy ona wiedziała o Kadrze? Czy podejrzewała jej istnienie? Zmusił się do spokoju. To, że była historykiem pracującym wśród Ludzi nie oznaczało, iż wie cokolwiek o genetycznie odmienionym potomstwie na Kossuucie.

    W bardzo stanowczej formie powiedział Krenskyemu, że nie chce brać udziału w takim zadaniu. Krensky był równie nieugięty.

    - Przykro mi, pułkowniku, ale to postanowienie zapadło na poziomie regionalnym. Chcieli kogoś z wysoką rangą i dobrą znajomością problematyki polowej. Czy się to panu podoba, czy nie, ma pan odpowiednie kwalifikacje, nie ma pan aktualnie żadnego przydziału i jest pan do dyspozycji. Został pan wybrany.

    - To szaleństwo. Nie mogę dopuścić, żeby jakiś, bliski był użycia kilku określeń, których później by żałował, Wais włóczył się za mną po polu bitwy. Muszę się zająć pewną niedokończoną sprawą. Miałem nadzieją, że zostanę wysłany z powrotem do delty.

    - Motyw zemsty - nieoczekiwanie powiedziała samica.

    Obrócił się gwałtownie:

    - O czym ty mówisz?

    - Zawsze fascynowała mnie wasza pogmatwana logika i przyczyny, wymyślane przez waszą rasę dla usprawiedliwienia czynów. Takie rozbudowane umysłowo - emocjonalno - fizyczne konstrukcje są unikalne dla gatunku ludzkiego i stanowią dla mnie ważny bodziec do kontynuowania badań.

    Nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Generalizować na temat jakiejkolwiek obcej rasy było łatwo, a jednak stwierdził, że jest bardzo zaintrygowany indywiduum, stojącym przed nim i patrzącym jasnoniebieskimi oczami. Były otoczone gęstymi rzęsami i nie obawiały się dzikiego wzroku Ziemianina. Próbował wyobrazić sobie ją, jak podażą jego śladem, na paluszkach, przedziera się przez bagna gdzieś tam w terenie, próbując jednocześnie utrzymać swoje doskonałe upierzenie w idealnym stanie.

    Obrazek był niedorzeczny, a cały pomysł, absurdalny. Poinformował o tym Krenskyego. Komendant wysłuchał cierpliwie, uśmiechnął się i pozostał niewzruszony.

    - A co się stanie, gdy sprawując nad nią opiekę - zapytał wreszcie Nevan - znajdę się w boju?

    - Nie musi się pan o mnie martwić, pułkowniku Straat-ien. Brałam już udział w bitwie.

    - Słucham?! - Głos Nevana przeszedł z tonu oskarżycielskiego w zdumienie. - Żaden Wais nie bierze udziału w walce. Hivistahmowie i S'vanowie rzadko, ale nigdy Leparowie, O'o'yanowie, ani Waisowie.

    - Ja jestem wyjątkiem. Z tego co wiem, jedynym wyjątkiem. W towarzystwie Ziemian i Massudów uczestniczyłam w walkach na Tiofie.

    Krensky potwierdził skinieniem głowy.

    - Mówi prawdę, Nevan. Widziałem jej dossier. O mało co nie została zabita w czasie akcji. Mazvek.

    Nevan zawahał się, a oczy mu się zwęziły. Znalazł się na nieznanym gruncie.

    - Ale chyba... nie byłaś uzbrojona?

    - Nie. - Nie dygotała na samą myśl o tym i była dumna z zachowania równowagi psychicznej. - Oczywiście, że nie. Oczywiście mogłabym mieć broń - dodała w przypływie śmiałości - ale naturalnie nie byłabym w stanie jej użyć.

    - Jasne. - Nevan poczuł się trochę pewniej. Wszechświat się jednak nie przewrócił do góry nogami. - Naprawdę walczyłaś?

    - Jak najbardziej.

    Zamyślił się.

    - To nic nie znaczy. Walka to nie trucizna. Wielokrotny w niej udział nie uczyni cię odporną.

    - Zdaję sobie sprawę z psychologicznych implikacji, pułkowniku Straat-ien. Będę musiała być w dobrej formie, by skutecznie zajmować się swoją pracą. Poświęciłam całe życie na zbadanie jak Ziemianie współdziałają z innymi gatunkami w środowisku działań bojowych, i choć zgadzam się, że nie jestem uodporniona na spowodowane takimi sytuacjami zagrożenia, czyhające na mój umysł, to mogę z całą stanowczością stwierdzić, że jestem lepiej do nich przygotowana, niż jakikolwiek inny przedstawiciel mojej rasy. Przez lata wymyśliłam i udoskonaliłam szereg wysoce efektywnych środków farmakologicznych i ćwiczeń mentalnych, które pomagają mi odizolować się od niebezpieczeństwa.

    - Nie można odizolować się od walki - zaoponował Nevan. - Jeśli ktoś do ciebie strzela, musisz odpowiedzieć ogniem.

    Wyobrażenie wywołane tymi słowami sprawiło, że przeszedł ją dreszcz. Miała nadzieję, że nie zrozumieją co znaczy lekkie, ale gwałtowne falowane piór wzdłuż szyi i kręgosłupa. W końcu tych dwóch samców przed nią, mimo ich wyższego statusu, było tylko ziemiańskimi żołnierzami. Takie typy nie są wyczulone na subtelności w zachowaniach i reakcjach obcych gatunków.

    - Panu pozostawię całe strzelanie, pułkowniku Straat-ien.

    Nevan stwierdził, że uśmiecha się wbrew sobie. Choć ciągle był zdegustowany całą tą sytuacją, musiał przyznać, że podziwia obcego.

    - Muszę przyznać, że jesteś w dechę.

    - W dechę. - Jej ziemiański język był doskonały, ale ludzkie kolokwializmy wymykały się wszelkim regułom, a ich rozwój był równie nieprzewidywalny i przypadkowy jak rasa, która ich używała. Z tego powodu lekko się zawahała, nim odpowiedziała:

    - Tak, według pańskich kryteriów, chyba jestem. Może zainteresuje pana fakt, że moi koledzy uważają mnie za skrajny przypadek irracjonalizmu. A ponieważ nie traktuję tego jako kondycji niezbędnej do wykonywania mojej pracy, oczywiście nie zgadzam się z nimi.

    - Słuchanie jej wywodów jest jak słuchanie muzyki - pomyślał ze zdziwieniem Nevan, choć wrażenie to zmniejszało się, gdy mówiła jakimś obcym językiem, na przykład ziemiańskim, zamiast swoim własnym. Było to kuszące. Poczuł się przekonany do tego pomysłu.

    Trochę pomogło to, że właściwie nie miał wyboru.

    Przemówił powoli, by podkreślić wagę swoich słów;

    - Jeśli się zgodzę, żądam byś robiła dokładnie to, co ci każę, gdy już znajdziemy się w polu. Nie interesuje mnie, ilu się dorobiłaś dyplomów, stopni naukowych, czy specjalizacji i jak wielkim prestiżem cieszysz się wśród swoich. Gdy powiem "skacz", skaczesz. Gdy powiem "zamknij się", zamykasz dziób. Jeśli każę ci się zwinąć w pierzastą kulkę i schować się w skrzyni, podporządkowujesz się. Natychmiast i bez żadnych pytań.

    - Chyba, ze każe mi pan fruwać - odrzekła z poważną miną. - Jak pan wie, straciliśmy tę umiejętność miliony lat temu, choć ciągle potrafimy odbywać krótkie loty ślizgowe. Zamieniliśmy sztukę latania na inteligencję. Jednakże jeśli rozkaże mi pan fruwać, podejmę wszelkie wysiłki na jakie mnie stać, by spróbować. Choć muszę pana ostrzec, że ten sport nigdy nie był moją ulubioną działalnością.

    Mimo, że Waisowie nie podzielali szybkiego, szorstkiego poczucia humoru S'vanów, ani niefrasobliwej hałaśliwości Ziemian, sam koncept żartów nie był im całkowicie obcy. Inne gatunki nie dostrzegały zazwyczaj ich ciętego i subtelnego dowcipu.

    Poświęciwszy się bez reszty studiowaniu Ziemian, Lalelelang z konieczności musiała zbadać również ich poczucie humoru. Udało jej się również zmodyfikować swoje własne, tak że stało się ono zrozumiałe dla obu stojących przed nią mężczyzn.

    - No cóż, jesteś bez wątpienia najbardziej niezwykłym okazem swojej rasy, jaki udało mi się spotkać - powiedział jej Nevan.

    Z jego postawy i wyrazu twarzy wydedukowała, że ją zaakceptował. Ludzkie umiejętności na tym polu byty tak proste i prymitywne, że nawet niedojrzały Wais mógł się nauczyć je interpretować.

    - Po prostu przygotowałam się do wykonywania swojej pracy - wyjaśniła. - Nie oczekują, że będę mile widziana, ale obiecuję panu, że nie będę utrudniać pańskich działań, ani przeszkadzać w jakikolwiek sposób w pańskich rutynowych czynnościach, czegokolwiek by one dotyczyły. Jeśli pan chce, może pan uważać mnie za wędrowne urządzenie rejestrujące.

    Zrozumiał, że chce go sobie zjednać. Ale nie miało to znaczenia.

    - Zgoda. I tak nie nie mogę na to poradzić.

    - Święta racja, pułkowniku. - Krensky wyglądał na zadowolonego, jak po wykonaniu trudnego zadania. - Mam nadzieją, że zaprzyjaźnicie się ze sobą. Każdy drobiazg, który poprawia stosunki międzyrasowe, korzystnie wpływa na wysiłek wojenny nas wszystkich.

    - Dobra, dobra - mruknął Nevan. "Wędrowne urządzenie rejestrujące"? Czemu nie? Jego umysł przestawił się już na sprawy zawodowe i na problemy związane z nowym przydziałem bojowym. Najchętniej znalazłby się w siłach uderzeniowych, które organizowano by spróbować odzyskać kontrolę nad deltą.

    Musiał przyznać, że w trakcie przygotowań do wyprawy zupełnie nie przeszkadzała.

    Wkrótce po katastrofie zdecydowano, że próba odbicia opanowanego przez wroga modułu dowodzenia nie ma sensu. Trzeba było uderzyć na wroga mocno i szybko, zanim zdoła się tam pewnie usadowić i umocnić. Aby to osiągnąć, od dnia porażki, artyleria i samonaprowadzające się rakiety demolowały cały obszar, utrudniając wrogowi wzniesienie tam jakichkolwiek stałych instalacji.

    Naczelne dowództwo sił uderzeniowych powierzono generałowi. Ziemianie i Massudzi, omijając skrajne obrzeża delty, zaatakują szybkimi ślizgaczami. Tam gdzie znajdował się stary moduł dowodzenia, śmiało uderzą w główną bazę zaopatrzeniową, która zlokalizowana była w górze rzeki. Jeśli udałoby im sie ją zniszczyć, wtedy siły krygolickie, które usadowiły się na obszarze delty, próbując walczyć z napastnikami Gromady, będą musiały polegać na zrzutach zaopatrzenia z powietrza. Skuteczne pierwsze uderzenie odcięłoby ich również od liniowych uzupełnień.

    Oczywiście, mogło się zdarzyć, że siły uderzeniowe również zostaną odcięte przez linię wroga, co oznaczałoby ponowne oddanie tego rejonu i uczyniłoby nieprzyjaciela silniejszym, niż kiedykolwiek. Ryzyko wymaga zuchwalstwa.

    Lalelelang z uwagą obserwowała wszystkie przygotowania. Ziemianie radzili sobie z konieczną logistyką ze skutecznością i precyzją, których tak brakowało w ich społecznych i osobistych stosunkach. Spędzali przecież całe swoje życie w warunkach bojowych.

    Tylko w obecności Massudów, ich towarzyszy broni, potrafili się naprawdę i w pełni zrelaksować. Massudzi wydawali się odwzajemniać te sentymenty, ale wszyscy inni bez trudu demaskowali tę rzekomą zażyłość jako fałsz. Massudzi byli bardziej zbliżeni temperamentem do Waisów, S'vanów, czy każdej innej rasy Gromady, niż kiedykolwiek będą do Ziemian, Nawet wśród tych wysokich wojowników panowała pogarda dla rasy, która faktycznie lubiła walkę, zamiast traktować ją jak to, czym naprawdę była: złem koniecznym, stojącym w ogromnej sprzeczności z wszystkimi zasadami cywilizowanej społeczności.

    Była zafascynowana. Zapełniając jeden po drugim paciorki pamięci, zdała sobie sprawę, że gromadzi więcej materiału, niż ktokolwiek będzie mogłaby skomentować w przeciągu całego życia. Najlepsi z jej studentów będą musieli pójść w jej ślady. Martwiło ją to, że nie będzie w stanie osobiście przeanalizować wszystkich zdobytych wiadomości. W pracy terenowej było bardzo mało chwały, a ewentualne zaszczyty przypadną w udziale innym, tym, którzy będą mieli szczęście zestawić, rozwinąć i opublikować te materiały. Na szczęście podobne myśli nękały ją rzadko.

    W końcu nie wpakowała się w to dla chwały.



Strona główna     Indeks